Jeśli umiesz liczyć, to licz na siebie

Czy trafiła w twoje ręce któraś z książek dr Harveya Karpa? W moje jak na razie tylko jedna – „Najszczęśliwszy śpioch w okolicy”. Ale nie, nie zamierzam tutaj pisać o genialnej metodzie 5S, za którą dr Karp powinien otrzymać Pokojową Nagrodę Nobla. W „Najszczęśliwszym śpiochu” poruszony jest pewien wątek poboczny, który dał mi do myślenia. We wstępie książki znajduje się następujący fragment: „Większość dzisiejszych rodziców nie posiada potężnego systemu wsparcia, z którego korzystali nasi pradziadkowie: licznej rodziny, której członkowie wspierają się nawzajem, bliskich sąsiadów oraz mieszkających przy tej samej ulicy nastolatek, chętnych do pomocy przy dziecku„. Dr Karp sugeruje, że współczesnej mamie jest o wiele trudniej, bo pozostawiona jest sama sobie. Krótko mówiąc: twoje dziecko – twoja sprawa.

Zastanawiam się, z czego to wynika. Czy to taka współczesna moda na nie pomaganie? Po części na pewno tak. Dziś każdy żyje swoim życiem i raczej nie garniemy się do wpychania nosa w nieswoje sprawy (oczywiście wyjątkiem są imprezy rodzinne, na których za każdym razem spada na ciebie lawina krytyki, bo przecież wszyscy najlepiej wiedzą jak wychować twoje dziecko i „życzliwie” spieszą z planem naprawczym). Nie sądzę jednak, że jest to główna przyczyna tego stanu rzeczy. W dzisiejszych czasach taka konstruktywna pomoc jest po prostu niemożliwa. Nie wierzysz? Zaraz ci to udowodnię.

„Jak ty byłaś malutka, to inaczej to robiliśmy…”

Kto inny, jak nie twoja mama jest dla Ciebie wzorem macierzyństwa? System wartości, kultura, tradycje, zwyczaje… Jeśli się postarasz, uda ci się to wszystko przekazać następnemu pokoleniu. Co jednak z tą bardziej praktyczną i przyziemną stroną macierzyństwa? Tu już nie jest tak kolorowo. Taką oto rozmowę przeprowadziłam całkiem niedawno z moją mamą:

Mama: Zobacz, znalazłam twoją butelkę z czasów, jak byłaś jeszcze malutka. Jest całkiem nowa. Widocznie nie zdążyłaś jej użyć.

Ja: Fajnie. A jaki przepływ ma smoczek w tej butelce?

[chwila ciszy]

Mama: Że co ma ten smoczek?

Tak to właśnie wygląda. Zmienia się wszystko – począwszy od zaleceń i metod, a skończywszy na artykułach dla dzieci. I wiesz co? Wcale nie musisz cofać się do pokolenia twojej mamy. Często rozmowę w podobnym klimacie przeprowadzisz z koleżanką czy siostrą, która ma dziecko starsze o 5 lat od twojego. Oczywiście możesz szukać porady u kogoś, kto ma pociechę w podobnym wieku, ale to już nie ma nic wspólnego z odwoływaniem się do autorytetu. Nie. Ty i twój doradca gracie w tej samej drużynie, stosując taktykę prób i błędów.

„Jesteś w ciąży i nosisz korale? Chyba zwariowałaś!”

Chustonoszenie, BLW, spowijanie do snu to tylko kilka przykładów nowych – starych metod pielęgnacji dziecka. Tak, to nic nowego. Wracamy do korzeni. Idąc tym tokiem myślenia, numer do twojej babci powinien być zapisany w telefonie pod nazwą ekspert i wybierany za każdym razem, gdy nie radzisz sobie z dzieckiem. Czy na pewno? Z własnego doświadczenia wiem, że im starsze pokolenie wybierasz do roli swojego doradcy, tym wiedza o dzieciach staje się bardziej… magiczna! Nie noś naszyjników w ciąży, bo dziecko owinie się pępowiną. Do chrztu nie wychodź z noworodkiem z domu. Do wózka przywiąż czerwoną wstążeczkę, żeby nikt nie rzucił uroku na dziecko… Można by tak wymieniać w nieskończoność. Moim zdecydowanym numerem 1 wśród zabobonów jest: nie kupuj nic dla dziecka przed jego narodzinami, bo przyniesiesz mu nieszczęście. Być może za czasów naszych babć i dziadków takie zakupy były do opanowania, ale teraz wizyta w sklepie nie wygląda tak:

Ty: Dzień dobry! Poproszę wózek.

[dostajesz wózek, płacisz]

Ty: Dziękuję, do widzenia!

Współczesne zakupy to proces niesamowicie złożony, który – co ciekawe – nie traci na swojej złożoności niezależnie od tego, czy kupujesz coś dużego (np. wózek), czy totalny bzdecik (np. aspirator do nosa). Przedstawię to na przykładzie moich przygód z zakupem karuzeli do łóżeczka. Tak, wiem, to nie jest produkt pierwszej potrzeby, ale to kolejny znak naszych czasów – wyprawka dla maluszka to nie tylko rzeczy typu must-have.

Etap 1

Cel dnia: kupić kilka rzeczy z listy wyprawkowej. Wiem, co chcę kupić. Na pierwszy ogień idzie karuzela.

Etap 2

Włączam przeglądarkę internetową, bo w końcu kto by kupował w sklepie stacjonarnym, skoro tutaj porównam i rodzaje, i cenę i do tego jeszcze poznam opinie innych klientów.

Etap 3

Przeglądam.

Etap 4

Przeglądam. Odkrywam, że są karuzele kolorowe, pastelowe i czarno-białe.

Etap 5

Przeglądam. Odkrywam, że karuzele mogą mieć dowieszone pluszowe maskotki, figurki z plastiku albo tabliczki z obrazkami.

Etap 6

Przeglądam. Odkrywam, że są karuzele zwykłe, 2 w 1, 3 w 1 oraz 326 w 1.

Etap 7

Przeglądam. Stwierdzam, że na początku wiedziałam, ale teraz już nie wiem, co chcę kupić.

Etap 8

Przez przypadek znajduję artykuł, w którym jest mowa o tym, że karuzele to największe zło współczesnego świata. Nie stymulują rozwoju, rozleniwiają dziecko itd., itp.

Etap 9

Nie dość, że nie wiem, jaką karuzelę chcę kupić, to teraz nawet nie mam pewności, czy rzeczywiście chcę ją kupić.

I tak mija godzina, 2, 3… W końcu wybieram konkretny model. Pozostaje jeszcze tylko przeczytać opinie, porównać ceny w 50 sklepach i „już” można zamawiać. Na koniec bonus! Córce wybrana przeze mnie karuzela w ogóle nie przypadła do gustu.

Dodam, że każdy zakup tak u mnie wyglądał. Dosłownie każdy. Na szczęście nieliczne skończyły się takim bonusem. Teraz wyobraź sobie, że odkładasz wszystkie zakupy na czas po porodzie i dopiero wtedy latasz po sklepach. Z dzieckiem pod pachą , bo nie masz wózka ani czasu na czekanie na dostawę ze sklepu internetowego. I pieszo – bo nie masz fotelika samochodowego.

A wiesz, co w tych zabobonach jest najgorsze? Żyjesz sobie spokojnie, dopóki ich nie poznasz. A potem – chociaż wiesz, że to bzdura – tak na wszelki wypadek stwierdzasz: „W sumie co mi zaszkodzi, jak przez 9 miesięcy nie założę nic na szyję?”.

Wniosek? No cóż… Tak, mamo, jesteś ze wszystkim sama i możesz liczyć wyłącznie na siebie. Ale nie martw się! Nie oznacza to, że otaczają cię ludzie złośliwi czy bezduszni. Oznacza to po prostu, że to ty jesteś ekspertem w opiece nad swoim dzieckiem i nikt nie jest bardziej na bieżąco z jego potrzebami od ciebie. Szukaj porad, wskazówek, ale nie traktuj ich jak wyrocznię. Od czegoś w końcu mamy ten instynkt macierzyński.

Katarzyna F.

fot. Pixabay

 

Jesteś nielukrującą mamą?

Skorzystaj z formularza www.dobra-mama.pl/mama-nie-lukruje i prześlij nam swoje teksty, a być może któryś z nich zostanie wybrany TEKSTEM MIESIĄCA, który nagrodzimy upominkiem, opublikujemy w naszym magazynie i na stronach internetowych.

Leave a Reply